Karkonosze trip

Uwaga: Tylko dla wytrwałych. 

Dystans według poniższej mapy 56km według wskazań GPSa około 70km. Czort wie komu wierzyć jednak do rzeczy. 

  • cel główny: zrealizować plan, pierwszy rekonesans po Karkonoszach
  • zobaczyć najciekawsze miejsca Karkonoszy, zrobic dokumentację foto

 

Trzy dni w Karkonoszach, cel jak zwykle – zobaczyć najpiękniejsze, sprawdzić ile damy radę, przeżyć przygodę. Przyznam szczerze, że jak do tej pory Karkonosze były mocno przeze mnie niedoceniane. Pierwotna miłość do Bieszczad lata temu praktycznie zawłaszczyła sobie na wyłączność większość moich względów i uwagi, zazdrośnie trzymając mnie w swoich objęciach. Uczucie w pełni odwzajemnione, złożyłem górom hołd w postaci albumu “Bieszczady z Nieba” i otworzyłem umysł na nowe sympatie.  Naszą uwagę skierowałem na Tatry a teraz również na Karkonosze.  A jak się okazuje, żyłem jak dotąd w błędzie. Istnieją jeszcze inne góry poza Bieszczadami 🙂 Teraz z synem naprawiamy błędy mojej przeszłości i eksplorujemy kolejne piękne zakątki naszego kraju. Na pierwszy raz dla mojego syna po rozeznaniu tematu wybieram do przejścia około 57 km pętle po bodajże najpiękniejszych zakątkach Karkonoszy. Mix kilku szlaków składający się na BARDZO ambitną trasę naszej wycieczki. Kolejny raz duma z mojego syna po przejściu tego dystansu mnie rozpiera. Zuch chłopak i ambitny jak nie wiem kto 🙂 

 

Karkonoski trip, ślad do pobrania:

 

 

DZIEŃ 1

Na początek mała dygresja. Nie byłbym sobą nie wspominając kuriozów jakie spotkały nas na szlaku dnia pierwszego. Otóż zetknąłem się bynajmniej nie pierwszy już raz ale jeszcze ani razu w tak silnej formie z turystycznym folklorem, nazywanym prywatnie przeze mnie tatrzańskim odpustem. Pierwszy etap naszej wycieczki niestety rozpoczynamy w Karpaczu i wbijamy się na Śnieżkę dość nudnym czerwonym szlakiem, o stopniu trudności w sam raz dla ośmiolatka. Po drodze doświadczamy:

– szlochającą kobietę w sile wieku czyli starą jak ja schodzącą ze szczytu Śnieżki a za nią faceta, który ją niezdarnie pocieszał i prawie za to oberwał

– tęgawą młodą laskę nie dającą rady ze łzami w oczach  oraz jej zatroskanego chłopaka, który mnie wypytywał czy na górze jest kolejka

– zapierające się psy na smyczy jak przed szafotem, ogólnie festiwal psów włącznie z pokręconymi kotko psami

– 3 latki których rodzice myśleli, że te ich brzdące dadzą rady na szczyt 🙂

– małą dziewczynkę, która wolałaby być w brzuszku u mamy niż chodzić po tych górach 🙂

– kibel za 3zl z wejściem jak do sejfu bankowego strzeżony przez kamery i bramkę obrotowa

 

Uff kilka godzin takiego łażenia jest ponad moje siły. Robię się nerwowy.  Na szczęście, kiedy tylko opuszczamy ten festiwal i z każdym następnym kilometrem w kierunku czeskich szlaków ludzie znikają. Ci spotykani później wydają się być normalni. Zaczyna się czyste, odprężające niczym nie zmącone chodzenie po górach. Jesteśmy z tego powodu szczęśliwi. Brniemy dalej niebieskim szlakiem z myślą o noclegu w Lucnej Boudzie. Tutaj przychodzi pierwszy zonk, bowiem Lucna Bouda to nie schronisko to cholerny hotel a w nim ceny zdecydowanie nie turystyczne, spa, salony Ą i Ę… Kapitulujemy z Matim bowiem nasze 700 Kcs, które naiwnie wymieniliśmy ze złotówek w kwocie ponad 100  na nocleg nie starczy tutaj w zasadzie dla jednej osoby. Mati nie traci animuszu a ja trochę tak. Następny cel Chata Výrovka tutaj stawiamy sprawę na ostrzu noża, dość szybko okazuje się że po tradycyjnym pińcset mają jednak nocleg dla turystów w pokoju wieloosobowym za jedyne 275KCs od głowy. Nie podoba mi się to ale niema wyjścia 🙂 Mati stawia sprawy jasno; zostajemy tata. Niema opcji na pertraktacje 🙂

 

DZIEŃ 2

Zwijamy się skoro świt tuż przed 10 i napieramy czerwonym, chwile potem zielonym przechodzącym w odcień niebieskiego w kierunku Spindleruv Mlyn. Tutaj zaczyna się dziać. Widoczki z poprzedniego dnia bledną i teraz dopiero zaczyna się bajka. Po wyjściu z lasu przed naszymi oczami rozpościera się piękny widok. Niewątpliwie to jeden z piękniejszych rejonów. Nieco dalej i niżej też jest na czym oko zawiesić. Mój syn podziela mój entuzjazm. Humory nam dopisują, pogoda również. 

Zejście do miejscowości Spindleruv Mlyn to niestety powtórka z rozrywki dnia pierwszego, na szczęście tutejsi turyści nie lubią się zapuszczać zbyt daleko od cywilizacji bez której zapewne czują się dość niepewnie, tak więc szczęśliwie szybko zostawiamy ich za sobą. Idziemy niebieskim i zielonym nad Labski Vodopad. Solidnie już zmęczeni obieramy cel Szrenicę i schronisko. Plany się zmieniają, na szczycie Wielkiego Szyszaka zapada już zmrok, mój synek jest zmęczony, skraca,y drogę i ostatecznie lądujemy w schr. Pod Łabskim Szczytem. Tutaj serdeczne pozdrowienia dla ekipy schroniska, pomimo braku gotówki w portfelu przyjmują nas z otwartymi rękami, umawiamy się na przelew. Ludzie zacni, wielki szacunek dla Was i nasza dozgonna wdzięczność. Naprawdę dzięki takim ludziom i sytuacjom wiem dlaczego kocham góry. Dosłownie padamy ze zmęczenia. Po dzisiejszym dniu postanawiam zdobyć dla mojego syna medal !!

 

DZIEŃ 3

Opuszczamy przyjazne i gościnne podwoje schroniska i wracamy na Łabski Szczyt. Dziś zostało nam 19km do Karpacza w większości graniami. Wędrujemy malowniczym czerwonym szlakiem w kierunku przebrzydłej Śnieżki i jej specyficznego folkloru odbijając trochę przed zielonym do Karpacza tym samym zamykając naszą trzy dniową pętlę.

 

Wszystkie foty: